Zanim miałam dziecko, myślałam, że wiem o sobie wszystko. Byłam poukładana, racjonalna, lubiłam mieć plan. A potem urodziłam synka i wszystko się posypało. Ale nie w tym sensie, że nie dawałam sobie rady. Po prostu odkryłam, że potrafię liczyć godziny bez snu, rozmawiać z plastikowym misiem i cieszyć się z dziesięciu minut prysznica. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Tyle że w którymś momencie zapomniałam, kim jestem poza mamą. Moje życie to był ciągły cykl: karmienie, przewijanie, usypianie, sprzątanie. A wieczorami, gdy mały już spał, mąż włączał serial, a ja zamiast odpoczywać, gapiłam się w telefon. Czułam się, jakbym była przezroczysta. I właśnie w jedną z takich nocny, kiedy nie mogłam zasnąć, a w domu było cicho jak makiem zasiał, wydarzyło się coś, co trochę zmieniło mój punkt widzenia.
Zaczęło się zupełnie niewinnie. Leżałam na kanapie, owinięta w koc, z kubkiem ostudzonej herbaty, przewijałam instagrama. Miasto za oknem lśniło, ale deszcz bębnił miarowo o parapet. Nagle na ekranie wyskoczyła reklama. Jakiś kolorowy spinacz, zero konkretów, ale hasło sugerowało, że mogę wygrać coś fajnego bez wychodzenia z domu. Prychnęłam. Zawsze uważałam hazard za głupi sposób na tracenie pieniędzy. Ale ciekawość zwyciężyła. Wpisałam nazwę, doczytałam kilka opinii, a potem, sama nie wiem dlaczego, założyłam konto. Tak trafiłam do vavada casino. Wydawało mi się, że tylko sprawdzę, jak to wygląda. Miałam w portfelu jakieś drobne z zakupów, więc postanowiłam spróbować z minimalną stawką. Swoją drogą, to była pierwsza rzecz od dawna, którą zrobiłam wyłącznie dla siebie, bez myślenia o śliniakach i kaszkach.
Nie spodziewałam się niczego. Kliknęłam w grę internetową, bo automat przyciągał oko cukierkowymi kolorami. Pięć złotych, wszystko jedno, pomyślałam. Przekręciłam, potem jeszcze raz i jeszcze. Nie śledziłam czasu. Po jakichś dwudziestu minutach na koncie miałam prawie sto dziewięćdziesiąt złotych. Zatkało mnie. To nie była wielka fortuna, ale zrobiło mi się gorąco. Uśmiechałam się sama do siebie jak głupia. Pomyślałam, że mogłabym z tego kupić nowe buty dla synka albo jakiś porządny blender. Serce waliło mi szybciej, ale nie z powodu pieniędzy. Po prostu po raz pierwszy od miesięcy czułam dreszcz emocji, który nie dotyczył kupy pieluchy ani niemowlęcych kolk. To było moje małe, głupie, ale prawdziwe zwycięstwo.
A potem zrobiłam rzecz, której sama się po sobie nie spodziewałam — przestałam. Dobra, dobra, pomyślałam. Sto dziewięćdziesiąt to dobra suma. Wypłaciłam sto, zostawiłam resztę. I wysłałam mężowi SMS-a z wykrzyknikami, chociaż spał dwa metry ode mnie. Rano musiałam mu wszystko tłumaczyć.
Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Nie zmieniłam się w hazardzistkę. Ale nauczyłam się czegoś o sobie. Kiedy wieczorem kładę małego spać, a chcę odetchnąć od tego całego bałaganu, zdarza mi się wejść do
vavada casino na piętnaście minut. Tylko tyle, ile trwa filiżanka kawy. Ustalam sobie z góry limit, zwykle dwadzieścia, trzydzieści złotych. Jeśli przegram, to wiem, że to cena za chwilę zabawy. Jeśli wygram, to wydaję kasę na coś przyjemnego dla dziecka albo na jakiś drobiazg dla siebie. Najbardziej ubawiła mnie sytuacja, kiedy wygrałam osiemdziesiąt złotych i od razu zamówiłam jedzenie na dowóz. Mąż nie mógł uwierzyć, że kolację sfinansował automat. Ale mówiłam wtedy: nie patrz na kwotę, tylko patrz, że wciąż potrafię nas zaskoczyć.
Zastanawiałam się, dlaczego właściwie to robię. Przecież nie jestem osobą, która wierzy w jakieś magiczne szczęście. Nie mówię, że każda gra kończy się sukcesem. Czasem zdarzy mi się przegrać całą dzienną normę i wtedy wkurzona zamykam aplikację. Ale najważniejsze jest co innego. W tej zabawie muszę polegać na własnej głowie. Nie ma tu przewidywania każdego ruchu dziecka, nie ma obowiązkowej listy zakupów. Jest tylko czysty przypadek, który nie zależy ode mnie. To dziwnie uwalniające uczucie, gdy przez dwadzieścia minut akceptujesz, że nie wszystko masz pod kontrolą. I to zdanie mogłoby być właściwie podsumowaniem mojego życia sprzed urodzenia dziecka.
Bo wiecie, ja zawsze próbowałam wszystko zaplanować. Studia, praca, ślub, mieszkanie, poród. Miałam rozpiskę na każdy dzień, a kiedy cokolwiek nie szło po mojej myśli, czułam ogromną frustrację. Macierzyństwo wywróciło mi to do góry nogami w dobrym sensie. Dziecko totalnie zależy od przypadku: dzisiaj je smacznie, jutro nie śpi, pojutrze ma wysypkę. Wystarczy, że tydzień temu nie dostało szczepionki, i wszystko się przesuwa. Przez pierwsze miesiące walczyłam z tą chaotyczną rzeczywistością. Dziś wiem, że to walka z wiatrakami. Lepiej po prostu płynąć. I właśnie w tym pomaga mi czasem taka wieczorna gra. Kiedy widzę, że karuzela się kręci, a wyniki są zupełnie losowe, to trochę jak trening pokory.